Byłem w Katowicach. Stałem przed hotelem. Był to hotel Monopol. Przed wyjazdem, wypytałem znajomych, czy wiedzą coś na temat tego miejsca. Otrzymałem jednak odpowiedź negatywną. Zmartwiłem się, wiadomo nałożyły się na siebie nerwy związane z wyjazdem, no i nowym miejscem pobytu. Jak się później okazało, nie było się jednak czym martwić. Opowiem wam wszystko, żebyście wy nie musieli przeżywać tego, co ja wtedy…
A więc, jak już mówiłem, stałem przed szyldem hotelu i zastanawiałem się, dlaczego nikt z moich znajomych o nim nie słyszał. Był ciepły wieczór, a monumentalny budynek wydawał się emanować pięknym, jasnym światłem. Wielkie szyby, które odsłaniały całą recepcję, błyszczały nieskazitelną czystością, a ja wciąż nieśmiało niezdecydowany, stałem przed progiem katowickiego hotelu. Nie wiem jak długo to trwało, ale dla mnie, było to jakby kilka sekund, przez które karmiłem wzrok niesamowitym widokiem hotelu. - Ma on być moim domem na najbliższe 2 tygodnie – powtarzałem sobie w myślach. Przestąpiłem próg recepcji i mym oczom ukazało się niezwykle wnętrze, w którym poczułem się jak za czasów Tadeusza Boya- Żeleńskiego. Orient, połączony z nowoczesnym stylem współczesności oraz z elementami pochodzącymi z początku XX- go wieku, zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Nie wiem dlaczego, ale zaraz po wejściu do środka, przestraszyłem się, że idealna szklana podłoga nie wytrzyma mego ciężaru i po dotknięciu moich stóp z hukiem rozpadnie się na milion kawałków. Tak się jednak nie stało. Podszedłem do recepcji, gdzie załatwiłem wszystkie formalności związane z moim zakwaterowaniem i czekałem na dalsze wypadki dzisiejszego wieczoru. Dostałem pokój na 2 -im piętrze. Dostałem pokój, którego nigdy nie zapomnę i ciężko będzie mi go opisać słowami. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że sporo podróżuję i to nie tylko w sprawach biznesowych. Podczas moich licznych wyjazdów zdążyłem zapoznać się naprawdę z wieloma hotelami. Katowicki hotel Monopol zachowam jednak w swej pamięci w osobnej „szufladce”. Ale wróćmy do opisu mojego pokoju, bo opowieści o moich przeżyciach są tutaj najmniej ważne. Dostałem, więc cudowny pokój w kolorze błękitu. Na środku podłogi, leżała skóra zebry, a na ścianie między oknami wisiał czarno biały obrazek. W kącie przy oknie stała maleńka komoda, a tuż obok niej stylowy, drewniany stolik… w którym zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Dni spędzone w tym pokoju, wspominam z rozrzewnieniem, ale to, co hotel zaproponował mi dodatkowo, okazało się spełnieniem moich marzeń. Jednego wieczoru zaprowadzono mnie schodami w dół, gdzie trafiłem do świata, który do tej pory widziałem tylko na amerykańskich filmach: wielki basen, sauna, a nawet łaźnia turecka! Postanowiłem, że spróbuję wszystkiego po kolei, a na koniec zostawię sobie wspaniałe centrum odnowy biologicznej – jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Tego wieczoru przepłynąłem 30 długości basenu, odwiedziłem saunę i łaźnię, no i oddałem się relaksowi w podziemnym, hotelowym Spa. Po całej gamie relaksujących zdarzeń, wróciłem wypoczęty do pokoju i mogłem spokojnie oddać się przygotowaniom do jutrzejszej konferencji.
Następnego dnia pierwszym miejscem, które odwiedziłem po wyjściu z pokoju, była hotelowa restauracja, gdzie poczułem się niczym wyjątkowy smakosz. Szef kuchni się postarał, serwując na pierwsze danie aksamitny krem z dyni z pieczonym boczkiem i dodatkiem kwaśnej śmietany, a na drugie proponując mi comber z jelenia na puree ziemniaczanym z zieloną pietruszką na sosie ze śliwowicy. Nie moglem najeść się tymi specjałami, a przez cały czas uczty wyobrażałem sobie, co zjem na kolację. Taki już jestem – jedzenie to jedna z moich ulubionych rozrywek.
Niestety mój pobyt w hotelu dobiegł końca, a ja ze smutkiem na twarzy musiałem opuścić mój przytulny pokoik na drugim piętrze. Posłusznie jednak się pożegnałem i obiecałem, zresztą nie tylko sobie, że następnym razem zawitam w progi katowickiego hotelu Monopol wraz z żoną.